Anonimowy
14.02.2010, 15:51
życie..
bardzo krótko opisując:jestem 5 lat po ślubie a juz zdradziłam męża.do tego czasu dorobiliśmy się domu i dziecka (3lata)..mąż szybko awansował,pochodzi z biednej rodziny i moim zdaniem sodówa poprostu uderzyła mu do głowy.poza tym dom był w ciągłym remoncie a sam chciał wszystko zrobić.ja pracuję na 3 zmiany,dopiero skończyłam studia no i siedzę z dzieckiem.kiedyś podobało mi się w nim to,że był INNY od mężczyzn z którymi się spotykałam-uczciwy,skromny i spolegliwy.kiedy awansował nagle stał się kimś cholernie ważnym i zapracowanym.zaczęły się wyjazdy,wyjścia itp. ja stałam się tylko dodatkiem ,który był wiecznie niezadowolony,ze wszystkiego,czym chętnie żalił sie w pracy. więc jeszcze więcej go nie było.wszystko rosło jak wrzód. poznałam kogos w pracy,dużo starszego.samotnego faceta po rozwodzie.dał mi to czego nie miałam:zainteresowanie,troskę i opiekę-jeśli tak można gdy widzielismy sie tylko w pracy a poza 3 razy się spotkalismy.duzo rozmawialiśmy,bylismy w ciągłym kontakcie jakięs pół roku.mąż twierdzi że coś podejrzewał ale uznał że z tym problemem musze poradzic sobie sama,gdy znalazł biling telefonu.tak,musiałam ZNÓW poradzić sobie sama,przecież ciągle to robiłam!jak nie trudno sie domysleć zadziałało na jego niekorzyść..potem wszystko potoczyło sie błyskawicznie:wyprowadził się bo miał mnie dość i małżeństwa.po 2 tyg okazało się że kogoś ma,kiedy mi powiedział ja też sie przyznałam co zrobiłam.wtedy juz skończyłam z tamtym człowiekiem.mieliśmy zacząć od nowa,ale jak do niego dotarło co sie stało zaczeła sie krucjata!wrócił do niej,ja umierałam z rozpaczy i błagałam Boga by przestał.wszystko co robiłam w życiu do tej pory przeszło jawna i ostra analizę.przed księdzem,moim spowiednikiem,nawróciłam się i zaczełam doceniać wartośći jakich wcześniej nie rozumiałam-poprostu zrozumiałam swój błąd i chciała wyciągnąc z niego wnioski.mąż zastosował inną taktykę-obarczanie mnie winą za wszystko.zeszlismy się ale na jego warunkach-napisał nawet listę.wtedy byłam tak szczęśliwa że nie docierało do mnie że to chore,chciałam dobrze,wierzyłam ze z czasem sie ułoży.nie chciał wspólnie prowadzic domowego budżetu,ciągle był obrażonay a mnie wykańczała obsesja na punkcie tamtej.nawet wyrzucił mnie z domu,bo powiedział że nigdy mi nie powie kim jest.poniżał,w każdej sytuacji,stawiał warunki,fochy itp.stosował ciągle psychiczny terror.kim on jest dowiedziałam sie przypadkiem,wyszło na to że kłamał co do niej cały czas...po co do mnie wrócił skoro myslał tylko że jast taki biedny a jak bedzie dobrze to zostanie..no i nie jest dobrze.juz mówił że jestem mu obojetna,ze mu na mnie nie zależy.żę jestem wszystkiemu winna,że nie może zapomnieć.jestem winna-to mnie przesladuje!matka mówi że jestem winna bo pozwoliłam żeby został kierownikiem,teściowa,bo dobra zona to tak pokieruje mężem bla,bla.i on:jestem suką która dała,winna wszystkiemu,ciągle musze za coś przepraszać sama raz to usłyszałam z wielką łaską,nie czuje sie winny,czasami mówi od rzeczy,sprawdza mnie nawet śledził,chociaż sam zadedykował tamtej zyczenia w radio..ja winna-dłużej tego nie zniose..to że odchodzi tez jestem winna,powietrze traktuje sie lepiej niz mnie.odchodził ,wracał,bez słowa.nie zyczy sobie wracac do tego co zrobił,ja zas podlegam ciągłej krytyce.nie chce iść na terapie,jechac na rekolekcje dla małżeństw,dla niego jestem tylko żałosna dziwką..dziecko strasznie kocha a le jak o nim mówi,poza tym nie problemu wyjśc i pojechać na narty nie mówiąc nawet na ile,a kto z dzieckiem zostanie?niech sie martwia inni.przed wszystkimi zrobił ze mnie dziwkę a z siebie bohatera zranionego w boju o rodzinę (?). przeczytałam książkę Robin Norwood KOBIETY KTORE KOCHAJĄ ZA BARDZO.dało mi dużo do myslenia.matka z ojcem sie rozwiodła jak miałam 7 lat a on nigdy sie mna nie interesował,potem latami terroryzowała mnie wyładowując na mnie swoje żale.wyszła 2 raz za mąż za człowieka który pił ale ona tego nie widziała.ograniczył ale jest jednym z najbardziej fałszywych ludzi jakich znam,zawsze go broniła,ja byłam głupia i wymyślałam głupoty zeby ja dobić.cały czas z nimi mieszkam a ona do tej pory codziennie sugeruje co powinnam a czego nie robić.doprowadza mnie do szału.mogłabym w każdej chwili kupic mieszkanie ale to oznaczałoby juz podział majątku a ja żyje nadzieja choć juz nie błagam,nie kłoce sie,nie dyskutuje..z każdej strony ktos przypuszcza na mnie atak, a ja jestem winna,winna!modle sie-żle,chce gdzieś wyjść-źle,siedze-źle.jak pójde na swoje zacznie sie utyskiwanie matki że po co tak szybko itp ale któregoś dnia chyba wyjde i powiem coś co ją zabije bo nie wytrzymuje z ta kobieta!mąż jest tu niby do konca marca,jest i nie.ciałem czasem duchem wogóle-o ile tego ducha ma.pusty w srodku jak beben-kasa,muzyka,koledzy i pokazanie wszystkim swojej ważności ale poważne rozmowy to najlepiej omijałby szerokim łukiem.po urodzeniu dziecka był fantastyczny,mogłam na niego liczyć,kochaliśmy sie już 2 tygodnie po porodzie! a w ciąży prawie codziennie,nie zrobiłam z siebie matrony,ale awansował i prysło marzenie o wspólnocie..teraz dziecku kupuje samochodzik i gra,ale powiedz mu że jest nieodpowiedzialny i że nie kocha syna!foch!żeby mi i wszystkim udowodnic że jestem ta beznadziejna i fałszywa stwierdził że nie zależy mi na małżeństwie bo nie chce wziąść kredytu na 20 lat! a mamy gotówkę na nowy dom do zamieszkania!wymyslił sobie coś z lokata,nieważne.nie chce bo mi to nie potrzebne ale prosze jaki znalazł dowód żeby wszystkim udowodnić moja złą wole.a jakbym sie zgodziła o zależałoby ci na mnie?-spytałam (z ciekawości). z fochem odparł jak zwykle obrazony-nieważne.nieodpowiedzialny gówniarz...tylko jak mam pogodzić asertywność,walkę o własną godność i racje z wiarą katolicką,jak mam to przetrwać? to winę ,którą wszyscy na mnie wylewaja zwłaszcza on?żyje nadzieja ,że kiedyś dojrzeje i zrozumie sowje błędy ale kiedy to MOŻE nastapić...moja samoocena zaliczyła dno..nie wiem czy załatwiać rozdzielność majątkowa,o rozwodzie nie mówi on ani ja,jeśli już mówi że nie chce ze mna być karze mi złożyć wniosek,mówi:chcesz to sie wyprowadze,chcesz to złóż pozew-wymuszanie na mnie podjęcie decyzji za niego-a potem powie że go wyrzuciłam,że rozwód itd..ta spychologia doprowadza mnie do szału,potem sie śmieje żebiore jakieś tabletki na uspokojenie..czasem mam ochote go zabić,ale wciąż go kocham,chociaż widziałąm w jego oczach taką nienawiść i pustkę..ten człowiek w niczym nie przypomina tego jakiego znałam,przy nim czuje sie jak uboga krewna wyjeta ze średniowiecza.jakoś trwam ale widze po sobie że to tylko pozory.matka wczoraj znw wyprowadziła mnie z równowagi,bo powinam siedziec tylko w domu z dzieckiem.siedze,nigdzie nie chodze.ale oszaleje jak z kims nie porozmawiam.czasem sama siebie nie poznaje,kiedys byłam zdecydowana i ostra ale przewartościowałam swoje życie, ale jak twierdzi mój mąż-za późno,więc karze mnie na bieżąco.nawet milczeniem,wszystkim.nie widze siebie jako samotnej matki,całe życie bez ojca ,bez mężczyzny opieki z jego strony.ale napewno nie zrobię z siebie cierpiętnicy na siłe,oddanej panu muzułmance.musze odnaleźć w sobie siłe i szacunek do siebie,a dziecko cierpi.nie chce być taka jak matka i skonczyc jak ona..nie chce
MAGDA
MAGDA

SilverCube s.c.
Komentarze (9)
Zaloguj się aby czytać i dodawać komentarze