Anioly

"Samotna" w rodzinie "Samotna" w rodzinie

Kobieta-matka, kobieta-żona. Kobieta pracująca zawodowo, pracująca w domu, gotująca, prasująca, wychowująca dzieci. Słucha problemów męża, rozwiązuje konflikty dziecięce. Czy czasami nie czujesz się zmęczona i osamotniona? Czy realizujesz swoje marzenia?

20 członków | 17 postów

Utworzona: 09.12.2009, 15:40 przez anutka

Dyskusja

  • ewa ewa napisał(a):
    11.10.2011, 07:21 pomocny_post_1 (0)
    Quote:
    Dawałam wszystko z siebie by uszcześliwić partnera...
    I to jest właśnie błąd, który popełnia wiele kobiet. Bo:

    1. Czy on na pewno tego WSZYSTKO chciał?
    2. NIGDY nie wolno zapominać o sobie... swoi znajomi, swoje sprawy, swoje zainteresowania.
    3. To nie jest tak, że ON zabrał wszystko... wszystko to my same oddajemy, nawet nieproszone.

    Pod rozwagę.

  • Aniolym
  • Kobietta Kobietta napisał(a):
    04.03.2011, 14:53 pomocny_post_1 (0)
    Witaj.
    Myślę, że wiele kobiet było lub jest na takim etapie, ja też to przeszłam więc napiszę o sobie. Dawałam wszystko z siebie by uszcześliwić partnera, chwile w których on był zadowolony były dla mnie czymś cudownym (dawanie coś od siebie to piękna sprawa). Dawałam i dawałam, zmieniałam swoje upodobania by cieszyć się jego, meblowałam dom tak jak on chciał, gotowałam tak jak on chciał, wolny czas spędzaliśmy wg jego gustu, ubierałam się tak jak on lubił, makijaż też wg jego upodobań, nawet perfumy zmieniłam bo moje go "gryzły". Jednym słowem "oddałam sie w całości". On owszem na początku się cieszył i chwalił, potem zaczął traktowac moje poświecenie jako coś naturalnego. Długo czekałam by odpłacił mi też miłością, czekałam na gesty, słowa, czułe chwile, ale się nie doczekałam. Bardzo sie źle z tym czułam, niekochana, niedoceniona, wykorzystana. Powiedziałam mu , że też chcę być kochana, doceniona, zauwazona, że też bym chciała by on dla mnie coś zrobił i wtedy zaczęły sie schody. On nie miał zamiaru mi nic dac, owszem na początku znajomości było "cudnie" rozkochał mnie w sobie a potem tylko "spijał śmietankę". Długo borykałam sie z decyzjami co z tym zrobic, zawsze gdy chciałam odejść to on akurat robił i mówił to co chciałam usłyszeć, ja zostawałam pełna wiary i nadzieji ale niestety zawsze sielanka trwała krótko. W końcu odeszłam. Zrozumialam , że oddanie się calkowite drugiej osobie jest złe, zatraciłam siebie, nic sobą nie reprezentowałam, byłam odbiciem jego pragnień i tylko tyle. Nie szanowałam siebie więc i on mnie nie szanował. Teraz widzę, że w związku każdy powinien otrzymywac od drugiej osoby miłość, jeśli tylko dajesz i dajesz to w końcu będziesz "pusta". Zadbaj o siebie, spraw sobie przyjemnośc, wiem, że to może być trudne z różnych względów, ale po troszeczku, powoli.Staraj sie coraz więcej dawać sobie. Przecież jesteś warta by zaznać miłych chwil w życiu, spróbuj najpierw sama sobie to dać a z czasem będzie coraz lepiej. Łatwiej będzie Ci też podjąc jakieś kroki, rozmowy, decyzje jak będziesz zadowoloną z siebie kobietą. Pamiętaj to Ty jesteś najważniejsza w twoim życiu.

  • Forever_Alone Forever_Alone napisał(a):
    03.03.2011, 12:31 pomocny_post_1 (0)
    Witam. Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze w ogóle zagląda i czy w ogóle znajduję się we właściwym miejscu... Ale mam nadzieję, że jest tu ktoś, kto mnie jakoś wesprze, coś doradzi :(

    Jesteśmy z moim mężem razem od ponad 3 lat, z tego pół roku jako małżeństwo. Mamy cudowną, prawie dwumiesięczną córeczkę. Jako para wiele już przeszliśmy, były wzloty i upadki, przebrnęliśmy nawet przez jego zdradę... Ale teraz już się chyba nie uda...

    Jestem młodziutka, mam 21 lat, ale Artura kochałam odkąd go poznałam i od razu wiedziałam, że to z nim chcę spędzić życie. Był cudownym chłopakiem, później narzeczonym. Wszystko pochrzaniło się po tym, jak przespał się z 7 lat młodszą od siebie dziewczyną. Ciężkie chwile wtedy nastały, ale daliśmy radę. Wszyscy się od niego odwrócili, mi radzono to samo. Tyle,że nie mogłam, nie potrafiłam. Mimo rozstania spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. I choć wiedziałam, że ciągle mnie okłamuje (i w końcu nie wiedziałam, kiedy mówi prawdę, a kiedy nie) to i tak wciąż w tym wszystkim trwałam. Zeszliśmy się w końcu, ale od tamtego czasu nic już nie wyglądało tak, jak wcześniej.

    On bardzo pragnął dziecka - ja nie. Jestem z rodziny wielodzietnej, chciałam jak najdłużej korzystać z młodości, a nie powielać życiorysu mojej mamy. Jednak ślepo zakochana, zrezygnowałam ze wszystkich swoich ambicji i planów, by tylko uszczęśliwić ukochanego. Zaczęliśmy się starać o maleństwo i wiele czasu nie minęło, a już byłam w ciąży. Koleżanki uznały, że zgłupiałam - dopiero co skończone technikum i już dziecko ? I to do tego z nim ? NIe chciałam jednak już nikogo słuchać - liczyło się tylko to, że Artur był szczęśliwy.

    Problemy zaczęły się wkrótce. Moja rodzina uznała, że skoro i tak jesteśmy zaręczeni, to trzeba wziąć ślub. Tak długo wjeżdżali mi na psyche, że w końcu na to przystałam. Zaczęły się awantury - Artur wcale nie chciał ślubu. Ciągle mi wykrzykiwał, że bez przerwy słucham się matki, że nie mamy pieniędzy, że to chory i głupi pomysł. I że dziecko to był jednak głupi pomysł, bo ja powinnam iść do pracy. Żeby tylko mieć spokój to zaczęłam jej szukać, ale byłam już w 4. miesiącu - nie chcą brać do pracy ciężarnych. Nie wiem, co nagadał swoim rodzicom, ale usłyszałam, że jestem głupia i leniwa i specjalnie zaszłam w ciążę, żeby żerować na ich synu. A to on chciał przecież mieć dziecko !!!

    Gdy postanowiłam znowu od niego odejść, wszystko się uspokoiło. Jego rodzice się ode mnie odczepili, znów stał się kochany, czuły i cudowny. Jednak wcześniejsze stresy znacznie wpłynęły na mój stan zdrowia - krótko po ślubie trafiłam do szpitala, bo ciąża była zagrożona. Gdy wyszłam, to juz do końca musiałam brać leki na podtrzymanie.

    Jakoś ciągneliśmy to nasze małżeństwo, ale z dnia na dzień było corz gorzej. Uspokoiło się na krótko, gdy na świat przyszła nasza córka. Artur stał się kochającym ojcem, teściowie postanowili zostać dobrymi dziadkami.

    Sielanka skończyła się ok 5 tyg. temu.

    Artur przestał poświęcać czas mi i Kini :( wraca z pracy do domu, je i siada przed komputerem. Ja mam jednocześnie i siedzieć w domu, i pracować, i wychowywać dziecko. Małą nie chce się zajmować, drażni go, że płacze. Nawet na ręce jej nie bierze, potrafi na nia krzyknąć :( raz na kilka dni zachowuje się jak człowiek, to wtedy czasem chwile ją pobawi. Jednak takie dni to święta :(

    Cały czas sprawie siedzę w domu, dostaję już od tego świra :(

    Ostatnio doszło do mnie w koncu, że on nie jest taki cudowny, za jakiego brałam go kiedyś. I że chyba już go nie kocham :(
    Zastanawiam się, czy by od niego nie odejść, ale miotam się w tym wszystkim :(

    Proszę, poradźcie coś :( Była któraś z was w podobnej sytuacji ?

    Pozdrawiam :(

  • megiver megiver napisał(a):
    18.08.2010, 15:18 pomocny_post_1 (0)
    Hmm, zaczęłam czytać i jak się okazuje, nie odbiło mi, że mam takie problemy, wiele z nas takie dylematy ma...Rzeczywiście wiele zależy od wychowania od tego co wpoiły nam matki...Kiedy zaszłam w ciążę, mama powiedziała mi, kiedy coś tam chciałam zrobić:'teraz nie Ty decydujesz, Ty jesteś nieważna, liczy się tylko dziecko"...Przyznam, ze trochę mnie to zirytowało...dziecko ma być szczęściem,nie chcę, żeby mi po latach poświęceń kosztem własnego życia powiedziało, że o to nie prosiło przecież, nie chciałabym mu tego wymawiać, że przez niego...itd....ale prawda jest taka, ze rzeczywiście niejednokrotnie trzeba poświęcić się bardziej niż by się chciało, ale staram się sobie powtarzać, że to ja sama bardzo chciałam mieć dziecko i jeśli czuję, że za dużo poświecam to moja wina, bo nie jestem widać dość dobrze zorganizowana....Ale mam pewien problem...nie wiem jak go zwalczyć...kiedy jestem czasem naprawdę bardzo zmęczona (a bezsenność jest dla mnie istną torturą), a mała dokucza hmm, czuję przypływ niewyobrażalnej dla mnie wcześniej agresji....Opanowuję ją, ale czasem poprzez walenie pięściami w ścianę....Nienawidzę tego uczucia i naprawdę staram się jakoś z tym walczyć...Nie wiem, czy ktoś zna takie uczucie?Możecie mi pomóc....Nigdy wcześniej (przed nagłą zmianą miejsca zamieszkania, stanu cywilnego i urodzeniem dziecka w jednym roku)taka nie byłam, nie odczuwałam tak silneg agresji....

  • notatka notatka napisał(a):
    01.06.2010, 11:27 pomocny_post_1 (0)
    Lirjel, gratuluję faceta, mój co najwyżej powiedziałby że też jest zmęczony i też chciałby odpocząć. Zazwyczaj tak jest w moim związku, że on nigdy nie wesprze tylko dobije...wbije dodatkową igłę w serce ale nie pomoże nie znajdzie dobrego słowa, czy choćby powie " słuchaj , przecież mamy siebie i poradzimy sobie razem" to by było dużo łagodniejsze niż "ja też". A może za wiele wymagam?

  • Lirjel Lirjel napisał(a):
    04.04.2010, 22:15 pomocny_post_1 (0)
    Mamito!!! Podpisuję się rękami, nogami, głową, sercem i wszystkimi innymi częściami siebie pod tym, co napisałaś!!!
    Myślę, że często zakazy są w naszych głowach, to my same sobie nie pozwalamy na odpoczynek, pasje oraz przejęcie przez kogoś części odpowiedzialności. Odpowiedzmy sobie szczerze: czy rozmawiałyśmy o naszych potrzebach, pasjach i zmęczeniu z mężem, czy też z góry wypowiedziałyśmy sobie w myślach wszystkie odpowiedzi? I jeszcze z własnego podwórka powiem Wam, że przez 5 lat utrzymywałam swoją rodzinę i uważałam, że beze mnie nic by się działo, to ja wiedziałam najlepiej, wszystko załatwiłam, wszystkiego dopilnowałam i na dzieciach też znałam się najlepiej, odpoczynek był poniżej mojej dumy i godności. Bogu dzięki, oświeciło mnie, że we własnej głupocie nie pozwalam ani sobie, ani mojemu mężowi pełnić właściwej roli.
    Od tej pory robię to, co kobiecie w domu przystało, z uśmiechem informuję również rodzinę że potrzebuję odpoczynku lub ciszy lub bycia przez chwilę samej (u mnie też jest sajgon ale jakoś świat się nie wali gdy na pół godziny siadam sobie z kawą, okazuje się że mój mąż bardzo się cieszy z wszelkiej mojej inicjatywy dotyczącej własnego rozwoju, chętnie też mnie wyręcza gdy powiem po ludzku i BEZPOŚREDNIO o co go proszę i wreszcie, okazało się, że jest prawdziwym facetem. Nawet jeśli czegoś nie potrafi, natychmiast się tego uczy, podejmuje staranie, wysiłek, wychodzi wyzwaniu naprzeciw - jest w tym dla mnie fascynujący i bardzo pociągający. Widzę jak mężnieje, jak wzmacnia się jego odpowiedzialność, pewność siebie.
    I myślę sobie, że my kobiety, czasami nie pozwalamy facetom na to, by stali się prawdziwymi mężczyznami.
    Na koniec, wybaczcie dosadność: Pozwólmy mężczyznom odkryć, co mają między nogami!I my także odkryjmy w sobie prawdziwe kobiety, zamiast tej wynaturzonej wersji Matki-Polki Bolesnej.

  • anutka anutka napisał(a):
    25.03.2010, 11:48 pomocny_post_1 (0)
    Oluniu, myślę, że Mamita dobrze ujęła temat. Tylko myślę, że w Twoich relacjach z mężem coś szwankuje i jeszcze nie do końca Ci w tym pomogliśmy. Może napisz coś więcej o Waszych relacjach, a wtedy ktoś lepiej pomoże?
    Mamito, dziękuję za piękną wypowiedź. Dokładnie o to mi chodziło, gdy zakładałam tę grupę. Moje znajome kobiety są dokładnie takie, jak mówisz. U nas mężczyźni zawsze są wyręczani. A to do niczego dobrego nie prowadzi. Nie mam zamiaru taka być! Chcę, żeby mój partner sprzątał i na razie to robi. Nawet, kiedy urodzi się dziecko, chcę pisać, wędrować po górach i chodzić na lekcje tańca. Żeby potem nie patrzyło na matkę jak na zgreda, który nic ciekawego sobą nie reprezentuje. Musimy dbać o swój rozwój, żeby nasze dzieci też chciały się rozwijać.

  • mamita mamita napisał(a):
    20.03.2010, 20:55 pomocny_post_1 (0)
    Witam wszystkie Samotne w rodzinie :)
    Kiedy tak patrzę na otaczające mnie kobiety, które założyły rodziny, to prawie każda przechodzi taki etap (czasem baaaardzo długi), kiedy czuje się samotna. I widzę, że tej samotności nie tworzy aktualna sytuacja, ale bardzo często... sposób, w jaki wychowywane są kobiety.
    Nasze matki, świadomie lub nie, wdrukowują nam wzór do odtwarzania: być ofiarną matką, przedkładać dobro dzieci nad własne, traktować własne (i czyjeś!) pasje czy hobby jako fanaberie i kaprysy, nieprzydatne w tzw. "prawdziwym życiu". Kobiety nie szanują siebie, bo nie były szanowane, nie dają sobie prawa do odpoczynku i realizacji własnych marzeń czy wizji swojego własnego życia!
    Do tego dochodzi zależność finansowa, która staje się koniecznością w momencie, gdy decydujemy się na urlop wychowawczy. Niektóre kobiety z automatu odbierają sobie wtedy prawo do decydowania o finansach rodziny, mimo że decyzja o tym, kto zostaje z dzieckiem w domu podejmowana jest wspólnie.
    Kobiety! Walczcie o siebie! Macie jedno życie i to od Was zależy, czy będziecie szczęśliwie je w pełni przeżywać, czy też jak to określiła moja znajoma będziecie "jakoś starać się dotrwać do śmierci".
    Przede wszystkim, należy sobie codziennie przypominać, że dziecko TYLKO W POŁOWIE jest Twoje. Drugą połowę spłodził OJCIEC i on również jest odpowiedzialny za Wasze dziecko: za to, czy odrobiło lekcje, jak spędza czas wolny, czym się właśnie zajmuje i jakie ma problemy. Warto mu pomóc w kontakcie z dzieckiem, ale NIE WOLNO GO WYRĘCZAĆ! My, kobiety, często uważamy, że tylko my umiemy zrobić coś najlepiej i najdokładniej, ale jeśli ojciec zrobi coś inaczej niż my, nie znaczy, że robi to źle. Poluzujmy gorset doskonałości... Idealny rodzic to najgorsze, co może przydarzyć się dziecku.
    Po drugie - masz prawo do odpoczynku. I tylko Ty sama musisz sobie na niego pozwolić! Zamiast więc codziennie myć podłogę (bo dziecko raczkuje), daj mu zlizać trochę bakterii z podłogi i umyj co drugi dzień ;) Zamiast co chwilę zmywać, poproś męża (ale bez pretensji!), żeby wieczorem zmył po całym dniu (naczynia naprawdę nie zarastają grzybem po upływie kwadransa). Gdy dziecko drzemie, nie ogarniaj zabawek, tylko zrób sobie małą kawę i wypij ją na balkonie, wystawiając twarz do słońca... Postaraj się zrelaksować. Przecież wiesz, co sprawia Ci przyjemność - po prostu to rób i nie zwracaj uwagi na własne wyrzutów sumienia, bo sąsiadka ma czystsze okna niż Ty...
    Ważne jest, żeby zdać sobie sprawę, że decyzja o związku i dziecku to był świadomy wybór. Nawet jeśli nie planowałaś dziecka, to przecież je urodziłaś. To ważne, żeby nie czuć się "wmanewrowanym" w sytuację.
    Na koniec przypomnij sobie, co kiedyś sprawiało Ci przyjemność, o czym marzyłaś, czego nie udało Ci się dokonać, a zawsze chciałaś. Bycie kurą domową wbrew pozorom często ułatwia realizację tych planów (naprawdę uważasz, że pracując od rana do wieczora i będąc dyspozycyjną pod telefonem w weekendy, ma się więcej czasu i sił na pasje?), trzeba jedynie sobie samej na to pozwolić i zrobić pierwszy krok. I nie bój, że "mąż Ci zabroni" albo teściowa nie zrozumie. Pamiętaj - masz jedno życie i szkoda by go nie przeżyć. A otoczenie może Cię pozytywnie zaskoczyć!
    Jeśli kiedyś malowałaś obrazy, możesz znów zacząć - poproś babcię lub siostrę, żeby zajęła się Twoimi dziećmi, a sama rozłóż sztalugi lub wyciągnij blok. Jeśli lubiłaś sport, zapisz się na jogę, basen lub po prostu idź pobiegać. Zaręczam, że nawet niemowlę jest w stanie przeżyć z ojcem cało i zdrowo przez godzinę czy dwie 2 razy w tygodniu. A jeśli masz odrost do uszu, po prostu umów się do fryzjera. Po prostu to zrób.
    A może zawsze chciałaś jeździć konno? Porozmawiaj na forum rodzinnym, ustal grafik opieki nad dziećmi - nikt nie mówi, że będzie to proste, ale na pewno jest to wykonalne i w zasięgu Twojej ręki!
    Potrzeby Twojej rodziny są tak samo ważne, jak Twoje.
    Twoje potrzeby są tak samo ważne, jak potrzeby dzieci i męża.
    Jeśli istnieje tu konflikt interesów, to nie oznacza, że osobą ustępującą musisz być zawsze TY!
    Zanim zaczniesz wprowadzać zmiany, porozmawiaj z partnerem, powiedz o tym, jak się czujesz, czego chcesz, a czego nie. Jeśli przez lata nie mówiłaś o swoich potrzebach, nie oczekuj wielkiego entuzjazmu, ale też nie poddawaj się w staraniach o własne szczęście. To Ty sama jesteś odpowiedzialna za własne życie :) Przejmij jego ster, wyłącz autopilota.
    Tak bardzo ściskam za Was kciuki!! Jesteście wspaniałe, silne i ważne przypomnijcie sobie o tym - sobie i otoczeniu :)

  • olunia olunia napisał(a):
    30.01.2010, 19:00 pomocny_post_1 (0)
    witam
    jestem żoną matką i właściwie zajmuje się wszystkim co jest związane z życiem tu i teraz. dbam o finanse, o dom, o dzieci organizuje życie sobie dzieci i mężowi i z przykrością stwierdzam że sił mi brakuje. to nie jest pierwsza taka myśl, raczej jedna z tych ostatnich, które zmieniają dalszą drogę. tą drogę razem. mam dwójkę małych dzieci 5 lat i roczne, mam również tych którzy "pomagają" podpowiadają co robić ale odnoszę wrażenie że nie tędy droga. Męczy mnie to że słyszę że źle robię, że wszystko robię za męża ale prawda jest taka że jeśli ja tego nie zrobię to utoniemy i szczerze w każdej dziedzinie naszego życia. smutne jest to że nie słyszę dziękuje tylko ciągła narzekanie. smutne jet to że z osoby optymistycznie nastawionej do świata, osoby która miała pasje i wiele pomysłów na życie, prace,rodzinę stałam się osoba która przez łzy walczę o przyszłość dla dzieci. właściwe chciałam porozmawiać z psychologiem bo nie jest dobrze ale jakieś wskazówki jak dotrzeć do męża by dal mi odetchnąć się przydadzą.
    czuje się jak w klatce - dosłownie.

  • zanzi8 zanzi8 napisał(a):
    18.01.2010, 18:22 pomocny_post_1 (0)
    To cudowne móc bez żadnych skrupułów mówić o tym co się czuje. To takie okropne nie mieć osoby z którą można było pomówić na każdy temat. Nie pamiętam kiedy ostatnio mówiłam o tym co czuję. Najgorsze jest gdy dziadkowie ciągle powtarzają że wychowuje się w cudownej rodzinie, pełnej miłości, zgody. Gdy słyszy się takie słowa bez sensu jest żalenie się o tym że jest żle, że nie wszystko wygląda tak cudownie.

Anioly