Wiktor pfoto

Opowiadanie autobiograficzne

autor: Małgorzata Kulawik , źródło: Plasterek.pl

Opowiadanie autobiograficzne,

czyli opowieść o frustracji świeżo upieczonej Matki.


Na początku bolało. Wszyscy dookoła mieli dzieci, a ja nie. Jakiś pieprzony zbieg okoliczności nie pozwalał mi bezpiecznie donosić ciąży. Nikt nie potrafił doradzić nic konkretnego oprócz stwierdzenia, że statystycznie 25% ciąż kończy się poronieniem  i jest to naturalny proces selekcji organizmów niedostosowanych. Rewelacja!!! Od razu podnosi na duchu, prawda? Zwłaszcza, gdy poroniłaś dwa razy, a przy trzecim czekają cię badania genetyczne i nie wiadomo, co jeszcze.

ciazaTrzeciego razu nie było. Przy trzecim podejściu, choć z ogromnym stresem, na hormonach i z wizytą u lekarza co 14 dni udało się dotrwać do 40 tygodnia z przekonaniem, że Dzidzia JEST ZDROWA. Do porodu przygotowywałam się gorliwie. Szkoła rodzenia, książki, porady - wszystko to przyniosło oczekiwany efekt - przyjście na świat mojej córki wspominam bardzo pozytywnie. 14 godzin bólu zakończone cesarką i narodzinami Upragnionego Dziecka było dla mnie wielką przygodą i wyzwaniem. Jestem z tego dumna.

 


rodzicePierwsze tygodnie były ok. Mąż był ze mną przez większą część dnia. Oboje daliśmy sobie czas na to, by nauczyć się nowej roli i pozwoliliśmy sobie na bycie Rodzicami Niedoskonałymi. Jednocześnie ograniczaliśmy do minimum interwencje doświadczonych Dziadków, próbujących zalać nas Troską i milionem sprzecznych ze sobą rad dotyczących opieki nad Niemowlęciem. Cieszyliśmy się sobą nawzajem i rośliśmy w dumę, że nasza Latorośl rośnie zdrowo.

 

 

A potem mąż wrócił do pracy i.....  zaczęło się. Noce nie były jeszcze takie złe. Mała, owszem budziła się co 2-3 godziny domagając się jedzenia, ale pobudki były na tyle regularne, że pomiędzy nimi byłam w stanie odpocząć. Rankiem również mogłam spać, nauczyłam się bowiem zasypiać obok mojego Maleństwa i karmić Ją w razie potrzeby na śpiąco. Problem pojawiał się wtedy, gdy Mała przechodziła w stan funkcjonowania dziennego. Pomimo tego, że starałam się nie przyzwyczajać córki do ciągłego noszenia na rekach, opieka nad nią była bardzo absorbująca.  W cyklach 3-4 godzinnych córa spała po 20 minut, a przez pozostały czas wymagała ciągłej uwagi.

palecJeśli w tym czasie udało mi się skorzystać z toalety, czy umyć zęby było dobrze. Wtedy trudno było mi zadbać równocześnie o dziecko, siebie i dom, nie mówiąc już o wyjściu na zakupy, spacerze, czy o jakiejkolwiek rozrywce intelektualnej. Dziecko było priorytetem, więc zazwyczaj snułam się po domu w koszuli nocnej do późnego popołudnia bez prysznica, zadowolona, że udało mi się kupę zrobić, rozwiesić pranie i zjeść wystarczająco dużo, by kiszki nie grały mi marsza. O zrobieniu porządku w domu nie było mowy, chyba, że zerwałam się bladym świtem i zrezygnowałam z ostatniej możliwości odespania nocnych karmień. Jeśli udało mi się zaspokoić chociaż część własnych podstawowych potrzeb, brakowało mi czasu na zadbanie o przestrzeń wokół mnie. I odwrotnie. 

Akurat w tym czasie mąż dostał awans w pracy -zbawienny finansowo zbieg okoliczności wiązał się jednak z okresową koniecznością wydłużenia jego nieobecności w domu. Wychodząc z domu o 7 rano wracał po 10 - 12 godzinach, co w praktyce oznaczało to, że dom i dziecko zostało na mojej głowie. Z pomocą przyszła mi moja mama, która codziennie wpadała na dwie godziny przynosząc drobne zakupy i gotując coś, co mogłam chapnąć w ciągu 20 minutowej przerwy, którą moja córka wykorzystywała na spanie dzienne.

nogiKolejnym problemem były spacery. Ponieważ córka urodziła się przez cesarskie cięcie, ja nie mogłam przez dłuższy okres czasu nosić więcej niż Ją samą.  Nie stanowiło to problemu do momentu, gdy chciałam wyjść na spacer. Mieszkaliśmy wtedy na 3 piętrze- bez windy. Klatka była bardzo wąska, nie dało się zatem  zostawić wózka na parterze, bo fizycznie nie było na to miejsca. Wózkownia owszem była, ale schodziło się do niej po niesamowicie stromych schodach do piwnicy, a wózek ważył swoje. Efekt tego był taki, że na spacer sama nie wychodziłam. Ponieważ maż wracał tuż przed zmrokiem, z dzieckiem nie wychodziłam wcale - dopiero w weekendy, gdy byliśmy wszyscy razem. Do spacerowego horroru dodam jeszcze, że mieszkaliśmy wtedy na 26 metrach kwadratowych, które za czasów bezdzietnych były naszym Małym Rajem. Po przyjściu na świat córki Mały Raj stał się Przyciasnym Piekiełkiem. W sytuacji, gdy przez cały dzień nie mogłam się ruszyć z domu, ba nawet nie mogłam wyjść na balkon - bo mieszkanie takiego nie posiadało, tęskniłam za jakąkolwiek zmianą. To, co mogłam sobie zafundować to wyjście do łazienki. Po całym dniu, gdy mąż w końcu wracał z pracy, prawie na skrzydłach wybiegałam z domu, by zrobić sobie krótki spacer wokół osiedla, a chodząc między blokami wyłam z frustracji i złości skierowanej... no właśnie nie wiadomo do kogo. Bo przecież nie do mojej Małej Wyczekanej i Wytęsknionej Córeczki. Nie do Męża, który dzielnie zarabiał na życie, a w wolnej chwili wspierał mnie jak mógł. Nie do mojej Mamy, która stawała na głowie, by w natłoku własnych zobowiązań wpaść do mnie na 2 godziny i pomóc. Raczej do świata, przekazów rodzinnych, do mediów, literatury, do tych wszystkich i tego wszystkiego, co głosi nieustannie jak pięknym, ubogacającym i szczęśliwym jest czas macierzyństwa. Do stereotypu Matki Polki, która o każdej porze dnia i nocy z radością w sercu i uśmiechem na ustach zrywa się na równe nogi, by zaspokoić potrzeby swoich dzieci; dla której przebywanie z dzieckiem, opieka nad dzieckiem, wychowanie dziecka i dbanie o jego rozwój jest jedyną i najważniejszą wartością w życiu, gdzie nic oprócz tego się nie liczy; dla której nie istnieje coś takiego jak złość, zmęczenie, zniechęcenie -jest tylko wszechobecne szczęście i duma z Potomka. Ja taka nie byłam i wyłam. Wyłam, bo nie potrafiłam pomieścić w sobie tego wszystkiego, co trudne. Tego, że rezygnuję na całej linii z własnych potrzeb, że jestem dosłownie przywiązana piersią do dziecka i na własne życzenie pozbyłam się wszelkiej niezależności. Może tak naprawdę cały problem tkwił w tym, że długo nie mogąc mieć dziecka, sama stworzyłam sobie wyidealizowany obraz życia, gdy w końcu zostanę matką. Zderzenie z rzeczywistością było bolesne.

W pierwszych tygodniach życia córki nawet weekendowe spacery zamiast rozluźnienia i rozrywki przynosiły kolejną dawkę stresu. Każdorazowe wyjście z domu wiązało się z ogromnym napięciem. Samo przygotowanie do wyjścia przypominało Wielką Mobilizację, lub jak wolicie Pospolite Ruszenie.  Problem pierwszy - spakowanie torby dziecięcej: pieluszki jednorazowe, pieluszki zwykłe, chusteczki wilgotne, krem przeciw odparzeniom, krem ochronny, dwie zmiany ciuszków, przewijak, kocyk, czapeczka, śliniak -i pieron wie co jeszcze, sama nie pamiętam. Problem drugi: dziecko - nakarmić, przewinąć, przebrać, nakremować, ubrać ciepło, ale nie za grubo, zapiąć w nosidełku, a wszystko odpowiednio wolno, by nie zdenerwować dziecka i odpowiednio szybko, żeby się nie zgrzało, nie przeziębiło, nie znudziło -inaczej mówiąc, żeby się nie rozwyło. I tak zaczynało wyć, a ja jeszcze w progu, żałowałam, że w ogóle zdecydowałam się na wyjście. Gdy już byłam gotowa wynieść ją w końcu z mieszkania uświadamiałam sobie, że jestem albo nie wyprasowana, albo nieodpowiednio ubrana (poza domem potrzebowałam odpowiedniej bielizny i bluzki do karmienia) albo nie zdążyłam umyć zębów czy zwyczajnie się uczesać.

Gdy już szczęśliwie wydostałam się z domu, każde kwiknięcie, każdy płacz córki stawiał mnie w stan gotowości bojowej. Po pierwsze bałam się bardzo, że będąc poza domem nie zdołam rozpoznać przyczyny płaczu dziecka, że nie będę w stanie odpowiednio o nią zadbać, co w towarzystwie  mnóstwa bardziej doświadczonych Mam rodziło lęk i poczucie niekompetencji. Po drugie trudno mi było podzielić uwagę między dziecko, a świat dookoła. Trwałam w ciągłym napięciu z poczuciem winy, że nie potrafię skupić się na rozmowie z ludźmi, którzy są dla mnie ważni, bo całą uwagę skupiam na dziecku. Piękna wizja rozrywki poza domem pękała jak bańka mydlana, a ja zostawałam z kolejną dawką frustracji.  

szachyWyzwaniem była dla mnie również zmiana relacji z moim mężem. Jak pisałam wcześniej wspierał mnie jak mógł, pomagał jak mógł, kąpał, przewijał, usypiał - w pielęgnacji córki był równie sprawny jak ja. Chronił nas obie, utrzymywał i zapewniał bezpieczeństwo w każdej sferze, a gdy starczało mu siły wysłuchiwał moich żalów i frustracji, pocieszał i wspierał. Niestety w natłoku obowiązków zawodowych i rodzicielskich bardzo rzadko starczało mu siły na osobistą rozmowę ze mną. Często, gdy w końcu mogłam się przed nim wygadać on zmęczony w trakcie zasypiał. Ja zostawałam z poczuciem, że otrzymując od opatrzności Dziecko straciłam jakąś cząstkę swojego partnera. Nie starczało nam czasu na podtrzymywanie relacji, a nasz kontakt ograniczał się do równoległego działania - nie jak małżonkowie, ale jak kontrahenci, nastawieni na realizację celu - projekt „wychowanie dziecka". Nie radziłam sobie ze złością, frustracją, poczuciem, że w pewnych kwestiach jestem zdana sama na siebie i że k**wa, czas dorosnąć!!! Czyli odnaleźć w sobie ten rys kobiecości, który z miłością w oczach, pomimo przemęczenia, głodu i niezaspokojonych potrzeb, z pełną energią rzuca się w wir kolejnego dnia, by zatroszczyć się o swoje stadko. Ă propos kobiecości - to kolejna sfera, w której musiałam pozmieniać priorytety i dojrzeć. Okazało się bowiem, że okres w którym moja kobiecość zakwitła, czyli w momencie, gdy zaszłam w ciążę i urodziłam dziecko, gdy w końcu fizycznie udowodniłam sobie, że jestem kobietą, paradoksalnie moja seksualność „uschła". I nie piszę tu o fakcie, że moje potrzeby seksualne zmniejszyły się. Piszę o tym, że zainteresowanie seksem ze strony mojego męża zniknęło całkowicie. W momencie, gdy zmieniłam się w dostojną Grusię i bardzo zależało mi na tym, by znaleźć w jego oczach potwierdzenie, ze wciąż jestem dla niego atrakcyjna, on przemienił się w Honorowego Rycerza gotowego bronić mnie przed światem i wielbić w sposób czysto platoniczny. Trwało to przez dobrych kilka miesięcy doprowadzając mnie do rozpaczy i zwątpienia w siebie. Zaczęło się zmieniać, dopiero gdy córa miała kilka miesięcy. Patrząc z dystansu stwierdzam, że nic wspanialszego ze strony męża nie mogło mnie spotkać. Zachował się jak dojrzały i odpowiedzialny mężczyzna, a ja głupia gąska nie potrafiłam zrozumieć, że seks to jedynie jedna ze sfer w której spełniam się jako kobieta i partnerka. Moje obawy i zwątpienie wynikały znowu z przekazów medialnych i poradników głoszących, że ciąża to fantastyczny okres, by rozwijać relacje w łóżku. Jak się okazało w moim przypadku, te wiedzę mogłam między bajki włożyć.

Kolejny etap stresu to powrót do pracy po urlopie macierzyńskim.  Odciąganie mleka w domu, odciąganie mleka w pracy, konieczność przygotowania się do pracy pomiędzy praniem pieluch i zabawą z dzieckiem, z nieustannym pytaniem samej siebie - po jaka cholerę ja się tak męczę i czy przypadkiem nie robię krzywdy dziecku w imię dodatkowego tysiąca złotych w budżecie domowym.

Generalnie wspominam okres wczesnego dzieciństwa mojej córki jako pasmo frustracji, zderzenia się mojej niedojrzałości z realiami macierzyństwa, zderzenia fałszywych przekonań z wyzwaniami codzienności. Podkreślam, że w całej mojej sytuacji miałam przy boku osoby oferujące pomoc, a dziecko było dla mnie oczekiwanym. Nie miałam problemów finansowych, a mój mąż był (i wciąż jest) kochającym partnerem. Córka była zdrowa i nie sprawiała dodatkowych kłopotów, rozwijała się prawidłowo i nawet okres kolek przeszłyśmy stosunkowo lekko. Dodatkowo rekonwalescencję po operacji przeszłam nadzwyczaj łagodnie. A mimo to pierwsze miesiące bycia matką były dla mnie okresem porównywalnym do Stanu Wyjątkowego o podwyższonej gotowości bojowej. Stopniowo tydzień po tygodniu oswajałam się z nową sytuacją, uczyłam się organizacji pracy, odnajdywałam czas dla siebie. A jednocześnie coraz bardziej przywiązywałam do dziecka i na nowo odnajdywałam w nowej relacji z mężem. Po kilku miesiącach odkryłam, że pomimo tego, albo raczej dzięki temu, że mam dziecko, osiągam lepsze efekty w pracy, robię więcej niż dotychczas i na dodatek więcej zarabiam. Jak to się stało? Nie wiem. Może po prostu moja praca stała się bardziej efektywna. 

usmiechPo co to wszystko piszę? W odpowiedzi na artykuł „Trudności młodych ojców" albo raczej jako jego uzupełnienie. Z moich osobistych doświadczeń wynika bowiem, że satysfakcja z bycia matką, podobnie jak duma z bycia ojcem, nie jest czymś naturalnym, co spływa na ciebie wraz z osłabnięciem bólów porodowych i falą mleka tryskającą z piersi. Jest czymś czego trzeba się nauczyć, często w morzu frustracji, złości i przemęczenia. Przy nastawieniu, że Dziecko jest jedynie Szczęściem spadającym z nieba, które tak jak w reklamach telewizyjnych jest zawsze czyściutkie i uśmiechnięte, a jego rodzice wyspani i szczęśliwi, realia mocno dają w dupę. To co chciałabym przekazać świeżo upieczonym mamom i świeżo upieczonym tatom to „DAJCIE SOBIE CZAS". Dajcie sobie czas na złość i frustrację, łzy i brak szczęścia z racji TAK WIELKIEGO SZCZĘŚCIA. Nikt zostając po raz pierwszy rodzicem nie potrafi wszystkiego, wiele trzeba się nauczyć, wiele poukładać na nowo, a do tego potrzeba czasu. Nie da się wszystkiego przewidzieć, zaplanować i przygotować wcześniej. Zawsze zostanie coś, co nas zaskoczy.  Rodzicielstwo nie jest bowiem jedynie fascynującą przygodą niosącą fale ogromnej miłości do dziecka. Jest również ciągłym zmaganiem się z samym sobą, ciągłą koniecznością rezygnacji z zaspakajania własnych potrzeb w imię dobra dziecka i sztuką organizacji, czymś co zmusza Cię, byś dojrzewała/ dojrzewał z dnia na dzień, równolegle z własnym Dzieckiem. Czy po swoich doświadczeniach jestem lepiej przygotowana do kolejnego macierzyństwa? Nie sądzę.  Mieszkam co prawda na większej przestrzeni, nie musze taskać wózka na trzecie piętro, prościej jest mi wyjść do ogródka, ale...

Mam już jedno dziecko, które ma swoje potrzeby i wymaga uwagi. Za 4 miesiące urodzi się drugie, prawdopodobnie również przez cesarskie cięcie, co przywiąże mnie do łóżka tym razem na dłużej, mąż znów dostanie awans i znowu nie będzie go przez długie godziny.... Znowu stanę przed nowymi wyzwaniami i znowu będę sfrustrowana, zmęczona i wkurzona. I co? I nic. Tak po prostu będzie. I co więcej, będzie to całkowicie naturalne.


 

mgr Małgorzata Kulawik

Jest psychologiem wciąż poszukującym kierunku swojej ścieżki zawodowej.

Znajduje satysfakcję w kontakcie z drugim człowiekiem. Dotychczas realizowała się w zakresie pomocy psychologicznej dla osób niepełnosprawnych i chorych psychicznie. Fascynuje ją terapia Gestalt jako droga do własnej dojrzałości i samorealizacji. Nie lubi określenia "pacjent" w odniesieniu do osoby potrzebującej pomocy, gdyż wierzy, że każdy człowiek ma własny potencjał, który przy stworzeniu odpowiednich warunków rozkwita i przynosi konkretne efekty.

Prywatnie jest mamą 1,5 rocznej córeczki, lubi koty i świadomość, że to co robi, jest konsekwencją jej własnych decyzji.

 


Komentarze (2)

Zaloguj się aby dodać komentarz

  • daisy_83 daisy_83 napisał(a)
    07.02.2010, 10:50
  • MH MH napisał(a)
    23.01.2010, 17:42
    dziękuję za ten artykuł, bardzo żałuję, ze nie przeczytałam czegoś podobnego jak urodził sie mój Starszy synek a po 18 m-cach Młodszy, pierwszy wyczekany przez 5 lat, drugi chciany, planowany. Nie ominęło mnie poczucie frustracji, obniżonej własnej wartości, poczucie rozdarcia między dziećmi , sobą a potrzebą bycia i rozmowy z mężem.
    Brak wsparcia psychicznego (ze strony osób innych niż mąż) w tym okresie był najtrudniejszy, a sprzeczne rady i poczucie , że "sobie nie radzę" nie do zniesienia
    Teraz wiem, ze to wszytsko mija i się stabilizuje, z każdym miesiącem jest lepiej, szkoda, ze dopiero teraz
    wszytskim mamom, które są na tym etapie mówię: to minie szybciej niż myślisz, radzisz sobie doskonale i jesteś najlepszą mamą jaką Twoje Dziecko może mieć
    wszystkiego dobrego

Wyślij artykuł znajomemu

E-mail odbiorcy:

Twoje Imię i Nazwisko (nick)

Twój e-mail