Jak odróżnić depresję od hipochondrii?
autor: Aleksandra Semla-Baron , źródło: Plasterek.pl
Jak odróżnić depresję od hipochondrii?
Kiedyś w gabinecie psychologicznym usłyszałam, że nie mam depresji tylko hipochondrię? Jak leczyć hipochondryka, któremu ubzdurało się, że ma depresję? Czy taka osoba może np. po roku czasu, gdy ten stan się utrzymuje faktycznie narobić sobie dużo złego "w głowie" tkwiąc w tym stanie?
Na pytanie, kim jesteś? odpowiadamy zwykle automatycznie, bez zastanowienia podając swoje imię. Dodajemy później inne istotne, naszym zdaniem treści, pozwalające zidentyfikować nas, włożyć w jakąś szufladkę. Lubimy też czuć się wyjątkowymi, niepowtarzalnymi jednostkami W tym też celu dorzucamy informacje, które nie pozwolą na mylenie nas z kimś innym.
Na pytanie gdzie jesteś?, w którym miejscu się kończysz?, w którym zaczynasz? zwykle odpowiedzielibyśmy wskazując na własne ciało. Ja - to moja głowa, moja ręka, stopa, brzuch. Ja - to moje ciało.
Ciało - coś, co jest najbliżej mnie, coś, co jest mną. I właściwie powinno być mi najlepiej znane - bez tajemnic, zakamarków, zaskakujących zachowań. Ciało, które stanowi o tym, jak jestem w świecie, jak istnieję. Część mnie bardziej lub mniej akceptowana. W wymiarze fizycznym, póki ono żyje, jestem ja. Gdy znika ciało, znika moje życie. Ciało będące źródłem rozkoszy, ale też cierpienia, bólu, trudności. Ciało choruje, bywa kalekie, ułomne. Dbamy o nie, ratujemy, gdy toczy je choroba. Chcemy by było piękne, akceptowane przez innych. Bywa jednak tak, że to, co jest mną, to, co mi najbliższe przynosi cierpienie, ból, budzi lęk i niepokój. Lęk o „mnie".
Obraz naszego ciała zyskujemy dzięki obserwacji, manipulacji, jednak im bardziej w głąb tym mniej dostępny staje się przedmiot. Tym bardziej mglisty. Informacje z powierzchni ciała otrzymujemy dzięki eksteroceptorom z wnętrza - interoceptorom. Stąd też różnica w ich percepcji, podatności na zmianę, kontrolę, działanie. Taka mała dostępność naszego wnętrza dla nas samych powoduje, że to, co pod powierzchnią skóry, to co w nas, staje się w naszym odbiorze bardziej psychiczne niż somatyczne. A przez to też budzi większe obawy, lęk, niepokój.
Gdy zaczyna boleć, gdy nie daje spokoju, budzi podejrzenia zaczyna się podróż, której stacjami przesiadkowymi są gabinety lekarzy różnych specjalności. Każdy drobny ból, każda zawodność ciała bywa brana pod lupę, analizowana, sprawdzana, kontrolowana. Staranne badania, leki, wizyty kontrolne nie dają rezultatów. Wciąż coś boli i dokucza, aż wreszcie lekarz wypisuje skierowanie do gabinetu psychoterapeutycznego, zaleca konsultację psychologiczną. Ciało, bowiem jest zdrowe, nic mu nie dolega, nie ma żadnego podłoża somatycznego, które tłumaczyłoby występujące niedogodności. Pada diagnoza - hipochondria. Hipochondria należy do zaburzeń nerwicowych, występujących pod postacią somatyczną.
Osoba chorująca na hipochondrię nie jest oszustem wyłudzającym zwolnienia lekarskie, nie symuluje, nie udaje. Ona naprawdę jest chora, odczuwa silny ból głowy, serca, stawów, mięśni. Ciągły, niekończący się ból powoduje nadmierne zaabsorbowanie własnym ciałem i możliwością wystąpienia jednej, a nawet kilku poważnych chorób somatycznych. Obawy powodują, że nastrój się obniża, pojawia się przygnębienie, smutek, zanika radość życia, bo czym tu się cieszyć, gdy człowiek cały chory? Często depresja zaczyna się od skarg na różnorakie bóle odczuwane ze strony narządów wewnętrznych. Można mówić wówczas o depresji przebiegającej w formie zespołu hipochondrii.
Osoba cierpiąca na hipochondrię stale skarży się na dolegliwości somatyczne i stale skupiona jest na swoim ciele. Właściwie każde zachowanie, każdy sygnał z organizmu odczytuje w wiadomy sposób - jako informację o zaczynającym się, postępującym szybko procesie chorobowym, a w przekonaniu pacjenta - z pewnością jest to groźna dla jego życia choroba. Uspokajające informacje, jakie otrzymuje od lekarzy często interpretuje jako chęć oszczędzenia szoku, oszukiwania dla jego dobra. A przecież odczuwa ból i wie, co to jest, tylko nikt nie ma odwagi tego powiedzieć.
Osoby cierpiące na hipochondrię najczęściej koncentrują się na jednym czy dwóch narządach lub układach i to w nich dopatrują się nieprawidłowości w funkcjonowaniu. Pacjent taki może poczuć się urażony, gdy lekarz podstawowej opieki zasugeruje wizytę czy to w poradni zdrowia psychicznego, czy u psychoterapeuty. Często, bowiem osoba taka nie widzi związku pomiędzy swoim życiem emocjonalnym, a doświadczanym bólem somatycznym. Często bowiem nie ma dostępu do tych pokładów swojego przeżywania.
Co powoduje, że rozwija się taka dolegliwość? Gdzie szukać źródeł tego zaburzenia?
W historii powstania zaburzeń hipochondrycznych ważną rolę odgrywa schemat, obraz własnego ciała. Jest ono czymś, co wraz z tożsamością płciową ma zasadniczy wpływ na formowanie się obrazu samego siebie - selfconcept. To z kolei wpływa na wykształcenie się poczucia własnej odrębności, wartości. Często można się tutaj dopatrzyć nadmiernego zainteresowania lub umniejszania wartości ciała.
Już małe dzieci zauważają różnicę w traktowaniu ich, gdy są chore i gdy tryskają zdrowiem i energia. Gdy pojawia się przeziębienie, choroba, mama bądź ktoś z bliskich zostaje w domu, gotuje pyszne obiadki, podaje soczki, owoce. Interesuje się samopoczuciem dziecka, na więcej pozwala - można oglądać telewizję, nie wychodzić do przedszkola czy do szkoły. Często też są to jedyne chwile dla dziecka w pełni mu poświęcone. Uczymy się, że chory może więcej. Stopniowo w takcie naszego życia, takie informacje są utrwalane. Jeśli do szkoły nie przyjdziemy, bo byliśmy chorzy, to nikt nie zrobi awantury za nienapisaną kartkówkę. Do pracy też można nie pójść, gdy lekarz wystawi nam zwolnienie. Żona, czy mąż zainteresuje się nami, bądź przestanie wymagać pewnych rzeczy, gdy „udowodnimy", że nie domagamy.
Nie jest to jednak prosty związek przyczynowo-skutkowy, który pozwoliłby zdemaskować manipulację, oszustwo, uchylanie się od odpowiedzialności. Hipochondryk, jak już wcześniej pisałam naprawdę cierpi, jedyne, co, to źródłem jego cierpienia nie jest soma, a psyche. Stąd też niezmiernie ważne jest właściwie rozpoznanie choroby, by właściwie była leczona. Czasem wystarczy zaledwie kilka wizyt u psychologa, by samemu zauważyć, co jest źle i co z tym robić. Czasem potrzeba dłuższej psychoterapii, która pomoże nauczyć się bardziej konstruktywnych i adekwatniejszych form rozwiązywanie problemów, czy zdobywania uwagi, niż popadanie w objawy somatyczne. Ważne by podjąć odpowiednie leczenie, które pomoże podnieść jakoś życia, a nie będzie jedynie potwierdzaniem występowania zagrożenia bliżej nie zidentyfikowanego.
Chory z urojenia, czy faktycznie cierpiący człowiek??? Osoby wciąż użalające się na swój stan zdrowia, przesadnie chuchające i dmuchające na siebie zwykle są obiektami drwin, żartów. Tracą kontakty towarzyskie, rodzina różnie się do nich odnosi. Jeśli obraz ten odpowiada naszym doświadczeniom warto skontaktować się ze specjalistą, który nie tylko nas wysłucha, ale pomoże nam znaleźć właściwą drogę do zdrowia.
Aleksandra Semla-Baron
Absolwentka psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego


SilverCube s.c.
Komentarze (0)
Zaloguj się aby dodać komentarz