Tatuś przyszłości właśnie powstaje
autor: Paweł Wójcik , źródło: Plasterek.pl
Tatuś przyszłości właśnie powstaje
Jeżeli John Badalament ma rację - a będąc jednym z najsławniejszych znawców tematu ojcostwa w Stanach Zjednoczonych na pewno nie szerzy bezpodstawnych opinii - to mamy, jako pokolenie, nieco przez okoliczności wymuszoną okazję, by stworzyć nowy model ojcostwa na nowy wiek, a może i tysiąclecie. Nasz ekspert właśnie opublikował książkę na temat bycia współczesnym tatusiem zatytułowaną „The Modern Dad's Dilemma: How to Stay Connected with Your Kids in a Rapidly Changing World" („Dylemat współczesnego tatusia: jak pozostać w kontakcie z własnymi dziećmi w szybko zmieniającym się świecie"), która to pozycja, mimo że potrzebuje niejakich modyfikacji, by lepiej odzwierciedlać polską i w ogóle postsocjalistyczną rzeczywistość, gdzie kobiety pracowały zawodowo już od dawna, zawiera wiele cennych przemyśleń, uwag i sugestii, którymi postaram się w niniejszym artykule podzielić, dodając swoje obserwacje oparte na własnym, czasowo jeszcze dość krótkim doświadczeniu bycia ojcem oraz na pewnej liczbie innych lektur. A wszystko po to, aby nowej generacji tatuś był naprawdę lepszą wersją tradycyjnego żywiciela rodziny, a plasterek - jako strona poświęcona nowoczesnej psychologii - miał w tym epokowym dziele swój niezastąpiony udział.
Garść danych o tym, co nowe w rodzinie
Większe zaangażowanie ojców w życiu swoich dzieci widać na ulicy, w przychodni czy na szkolnej wywiadówce. Zmiana w Polsce może nie jest tak dramatyczna, jak za oceanem w ostatnich piętnastu latach, ale tendencja jest do zaobserwowania na pewno. Liczba ojców samotnie wychowujących dzieci w stosunku do matek, by dać choćby jeden przykład, była w kraju na poziomie 9% w 2002 roku, a już 11% dwa lata później. W Stanach Zjednoczonych w 2009 roku samotni tatusie stanowili 16% wszystkich rodziców w pojedynkę wychowujących dzieci.
Jeszcze lepszym wskaźnikiem rosnącego zaangażowania ojców w wychowaniu potomstwa jest ilość mężczyzn pozostających w domu, która to liczba wzrosła o trzydzieści trzy procent od 2002 do 2008 w Stanach Zjednoczonych (danych dla Polski nie znalazłem). Wielkość ta nie uwzględnia ojców pracujących w domu, tych którzy stracili pracę w wyniku ostatniej i wciąż w pewnym sensie trwającej recesji, ani tym bardziej tych, którzy chcieliby pozostać z dziećmi, ale nie mogą sobie na to pozwolić. Według sondażu z 2007 roku trzydzieści siedem procent ojców byłoby gotowych rzucić pracę i wychowywać dzieci, gdyby finansowo było to możliwe (tylko osiemnaście procent kobiet zarabia więcej niż mężowie za oceanem, ale i to nie znaczy, że jej jedna pensja utrzymałaby całą rodzinę). O jeden procent więcej tatusiów (czyli 38%) zgodziłoby się zarabiać mniej, by mieć więcej czasu dla potomstwa. To właśnie obowiązki związane z pracą postrzegane są jako największa przeszkoda, by stać się idealnym rodzicem dla prawie połowy ankietowanych mężczyzn wedle jeszcze innego sondażu za wielką wodą.
Z ojcem blisko przez lata
Amerykańskie szpitale od trzydziestu pięciu lat starają się zachęcić ojców do obecności przy porodzie, a od trzech lat mają dodatkowe ku temu uzasadnienie: szwedzcy naukowcy odkryli mianowicie, że bliski kontakt z ojcem ma podobnie kojące działanie na noworodka jak styczność z matką w przypadku porodu przez cesarskie cięcie. Maluchy kładzione na nagiej piersi ojca uspakajały się szybciej niż te, które leżały obok niego, a także okazywały zachowanie związane z karmieniem piersią i dlatego szybciej się go potem uczyły będąc z mamą. Ważny jest ten pierwszy, bezpośredni kontakt dla samego ojca, którego płat węchowy i hipokamp wytwarzają nowe komórki mózgowe, proces ten, w późniejszym okresie - przynajmniej statystycznie - prowadzi do bliższej więzi uczuciowej między ojcem, a jego dzieckiem. Daleko nam - i to nie tylko chronologicznie - od czasów rzymskich, gdy ojciec biorąc na ręce nowonarodzonego syna aprobował go jako swoje potomstwo, bo gdy tego odmówił, dziecko było wyrzucane na śmieci, zagłodzone lub duszone (córki ojciec w ogóle nie dotykał, a tylko dawał do zrozumienia swoje wobec niej intencje).
Pocieszający jest dla ojców fakt, że choćby w nauce języka ich wpływ wydaje się większy od matczynego w sytuacji, gdy oboje pracują poza domem. Bogactwo słownictwa ojca dwuletniego malucha odbija się proporcjonalnie na różnorodności mowy tegoż dziecka, gdy osiąga ono trzy lata, podczas gdy werbalny repertuar matki nie miał na to zauważalnego oddziaływania w obserwacjach przeprowadzonych przez badaczy z University of North Carolina w 2006 roku. Ich koledzy i koleżanki z University of Illinois stwierdzili natomiast, że ojcowie, którzy są aktywnie zaangażowani w życie dwu- do pięcioletnich pociech, pozostają bliżej swoich dzieci, gdy te zaczynają chodzić do szkoły, z pożytkiem dla naukowych osiągnięć tych ostatnich. Nawet gdy ojciec nie mieszka razem z mamą i potomstwem pod jednym dachem, jakość - a nie tylko częstość czy długość - jego relacji z dzieckiem pozostaje w ścisłej korelacji ze zdrowiem, zachowaniem i stopniami nastolatków, jak odkryła Valerie King, także ze Stanów Zjednoczonych. Nie znaczy to, że podobna zależność nie istnieje w innych zakątkach globu; z pewnością tylko czeka ona na potwierdzenie, gdy naukowcy dostaną tam odpowiednie do przeprowadzenia badań fundusze.
Rady dla nowej mamy
Wróćmy teraz do wspomnianej książki Johna Badalementa. Współczesnym matkom daje nasz autor cztery porady, które poniżej przytoczę, wzbogacone (lub rozwodnione) przez moje dodatki.
Pierwsza to zachęta, by zrozumieć dziedzictwo własnego ojca - którym mąż na pewno nie jest, choć może być do niego podobny - otwiera listę życzeń wobec pań. Obie strony podświadomie starają się w nowej rodzinie czuć jak w domu własnych rodziców, ale ze zmianą ról w społeczeństwie, współczesnemu tatusiowi brakuje aktualnych wzorów zachowania. Intuicja nie jest najlepszą męską „przypadłością", a kursy dla nowoczesnych ojców są nieliczne. Łatwiej coś znaleźć w internecie, a sam plasterek staje się coraz bogatszym źródłem wiedzy o rodzicielstwie.
Otwarte i dojrzałe wyrażanie własnych życzeń to podstawa każdego międzyludzkiego związku we wszystkich jego odmianach. Nie dziwi więc porada, by także w sferze wychowania potomstwa między rodzicami panowała jasność i szczerość. Ukrywanie potrzeby pomocy ze strony ojca dziecka, dlatego, że daną pracę wykonywały kiedyś same kobiety, może tylko wewnętrznie jątrzyć i korodować jakość małżeńskiej relacji.
Dwie ostatnie rady poprzedzę wynikami badań, których współautorką jest osoba polskiego pochodzenia, a mianowicie Margaret Szewczyk Sokołowski. Na podstawie filmowych obserwacji i ankiet wypełnianych w okresie oczekiwania na dziecko oraz trzy i pół miesiąca po jego narodzinach, amerykańscy naukowcy doszli do wniosku, że zachęta lub krytyka ojca ze strony mamy to czynnik niemal samodzielnie decydujący o jego zaangażowaniu w troskę nad wspólnym przecież maleństwem. Jego poglądy na ten temat wyrażane w trakcie jej ciąży nie miały na jego faktyczne zachowanie niemal żadnego wpływu. Jeżeli wierzyć wynikom innego sondażu, żony zaangażowanych i kompetentnych ojców czują się mniej pewnie i mają niższy poziom poczucia własnej wartości. W kontekście tych badań łatwiej zrozumieć zasadność drugiej połowy matczynego poradnika wedle Badalamenta.
Droga współczesna matko: zachęć małżonka, by się nauczył zmieniać pampersa czy nakarmić niemowlaka. Raz czy dwa razy zabrudzone ubranko są warte jego poczucia bliskości do dziecka, a także Twojego odpoczynku, i to nie tylko w pierwszych miesiącach nowego, rodzinnego życia. Raczej na pewno on nigdy nie bawił się lalkami, więc prawdziwe dziecko to jego pierwsza „zabawa" w rodzica, tyle że już prawdziwa. A już nigdy nie czuj się zagrożona czy zazdrosna o jego zażyłość z maleństwem. Dziecko ma dostatecznie wielkie serce dla Was obojga i dla całego świata, więc zostaw tradycyjny podział rodzinnych ról w muzealnym spokoju i otwórz się na przyszłość, która nadchodzi niezależnie od naszego do niej stosunku.
Wyzwanie na przyszłość
Zmiana roli ojca to nie tymczasowa moda, ale nieodwracalna zmiana, nie na zawsze, ale na najbliższe stulecie na pewno. Co do tego eksperci nie mają wątpliwości, choć nie wszystko da się przewidzieć, niezależnie od ilości informacji i ekspertyz. W obecnej sytuacji mężczyźni rozpoczynają małżeńskie i rodzinne pożycie statystycznie mniej zadowoleni z życia od kobiet, ale już w wieku czterdziestu jeden lat są bardziej od płci pięknej usatysfakcjonowani z własnej sytuacji finansowej, siedem lat później poziom ich ogólnego zadowolenia z życia przewyższa poziom satysfakcji ich małżonek, a w wieku sześćdziesięciu czterech lat sytuacja rodzinna bardziej podoba się panom niż paniom. To dane z roku 2008. Wypada mieć nadzieję, że te parametry pójdą zdecydowanie w górę wraz ze zmianami, jakie zachodzą w rodzinnym podziale pracy, nawet jeżeli idealnej równości raczej nie należy się spodziewać w przewidywalnej przyszłości. Można sobie za to życzyć, że za kilka lub kilkadziesiąt lat dotyk mężczyzny dawał będzie tyle pewności siebie, co dotyk kobiety - najprawdopodobniej przypominający uczestnikom dotyk matki - w eksperymencie na podejmowanie finansowego ryzyka opisanym w majowym wydaniu „Psychological Science" (patrz: Plasterkowe wieści). Coroczne obchody dnia ojca, artykuły i opracowania na ten temat, a zwłaszcza praktyka codziennego życia mogą do tego doprowadzić, bez niwelowania koniecznych i zdrowych różnic, jakie każde z rodziców ma do zaofiarowania potomstwu.
Zmiany w rodzinie zależą w ostatecznym rozrachunku od transformacji osób tworzących tą podstawową komórkę społeczeństwa. Dlatego wypada mi zaprosić do lektury trzech moich artykułów o medytacji na łamach plasterka, które są także o wzroście naszej świadomości. Będąc na wyższym poziomie tożsamości, na pewno stworzymy jako społeczeństwo lepiej funkcjonujące rodziny, z czego skorzystają tak dzieci, jak i rodzice, o przyszłych pokoleniach nie wspominając. Przyszłość zaczyna się już dziś i to od nas, a nie od innych.
Na zakończenie wypada mi jeszcze podziękować mojemu Tacie za to, że był bardzo nowoczesny, jak się przekonałem pisząc ten artykuł, oraz moim dzieciom za to, że spały, były w przedszkolu (tylko w przypadku córki), lub się razem bawiły z kimś innym z rodziny, podczas gdy ja pisałem ten artykuł. Dzięki nim, to co czytałem na temat ojcostwa miało większy sens dla mnie i przez to - mam szczerą nadzieję - także dla czytelników.
Paweł Wójcik
Urodzony w Lublinie w 1966, wstąpił do Zgromadzenie Salezjańskiego po szkole średniej, by w 1988 roku, po ukończeniu kursu filozofii, wyjechać do Tanzanii. Po studiach teologicznych w Nairobi, uczył przez cztery lata w Tanzanii (m.in. psychologii w seminarium salezjańskim), by 1998 udać się na studia biblijne na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W grudniu 2004 wystąpił ze Zgromadzenia Salezjańkiego zainspirowany ideami „Rozmów z Bogiem" Walsch'a. W 2005 ożenił sie w Nairobi z przepiękną Kenijką, i obecnie ma trzyletnią córkę i rocznego syna. Dwa zbiory jego opowiadań są do nabycia pod adresem http://stores.lulu.com/pawel66 (po angielsku w formacie e-book).

SilverCube s.c.
Komentarze (0)
Zaloguj się, aby dodać komentarz